Dziwne uczucie...
Zazwyczaj mam coś takiego, że napiszę jakiś tekst, powiedzmy kilka rozdziałów. Nastaje wtedy moment, kiedy nie mam czasu pisać i odkładam to na bliżej nieokreślony czas.
"Bliżej nieokreślony czas" nadszedł.
Zaczynam pisać, czytam moje wcześniejsze wypociny. I co?
Wiele tworów przez takie coś zostało odłożone do kategorii "gniot". Teraz przeczytałam coś, co wcześniej zakwalifikowałam do "gniot" i stwierdzam, że w sumie, jeśli by się dobrze zastanowić, to jest całkiem dobre, choć wymaga małych poprawek.
Więc piszę. Planowane jest 16 rozdziałów, piszę trzeci. Ciekawe kiedy mi się odechce ;)
Dla wszystkich zainteresowanych: Niestety nie są to Setki Łez. Nie jest to też Piwnica, ani Czarcie Wzgórze (które jest następne w kolejce po tym co teraz tworzę).
Tytuł to Wrona, raczej nie będę tego na razie nigdzie publikować (ewentualnie fragmentami). A po Wronie mam nadzieję, że nadejdzie czas na Czarcie Wzgórze...
Setki Łez będą jak Marcie zachce się pisać, bo od długiego czasu skutecznie mnie blokuje...
Odnośnie Setek Łez, to w sumie codziennie przechodzę koło bloku, w którym mieszka Maja, jeżdżę tramwajami, którymi ona jeździ ;) Popisałabym, ale no cóż... Nie przeskoczę.
Pozdrawiam,
Mazz
(19 dni <3)
sobota, 22 sierpnia 2015
niedziela, 18 stycznia 2015
Cóż.
9 dni do egzaminu dyplomowego.
Poziom opanowania zagadnień: 20%
Aktualne zajęcie: Pisanie.
Muzyka: Michał Lorenc, muzyka z filmu Bandyta
Segregator z zagadnieniami krzyczy, każde spojrzenie na kalendarz wywołuje falę paniki. Kolejne zerknięcie na biurko, gdzie na jednej z kartek widnieje godzina egzaminu i komisja - kolejna fala paniki. Na innej kartce mam zanotowane pytania wraz z datami, w których miałabym się ich uczyć. Po dwóch dniach realizowania ambitnego planu - po prostu mi się odechciało. Nie uczę się, nie patrzę na zagadnienia, nie robię nic, aby dostać z tego piątkę. Zresztą przewodniczący komisji mnie nie lubi, więc wysiłek przy nauce jest zbędny, skoro i tak nic z tego nie będę mieć... Mogłabym mieć 4,5 na dyplomie, ale przez tego dziada będzie co najwyżej 4, bo uwaga, uwaga, miałam wnioski w punktach oznaczonych
- o tak
- a nie tak...
Dzisiaj może trochę się pouczę, ale chyba znowu nocka z pisaniem... ;)
środa, 24 września 2014
Baltikon 2014
Jako, że odwiedzam ostatnio konwenty - zupełnie spontanicznie, to i czas na jakąś opinię.
Moją konwentową przygodę rozpoczęłam w roku 2008 w Gdyni na pierwszej i zdaje się ostatniej edycji konwentu mangowego Piratkon. Mangowcem nigdy nie byłam i raczej nie zostanę, ale ze względu na ludzi - bawiłam się nieźle. Z tego co pamiętam.
Później zaczęłam jeździć na Pyrkony i się jakoś tam odnalazłam.
Dlatego też relacja raczej z perspektywy kogoś, kto nieco już zobaczył i swoje wie ;)
Akt 1: Kolejka

Moją konwentową przygodę rozpoczęłam w roku 2008 w Gdyni na pierwszej i zdaje się ostatniej edycji konwentu mangowego Piratkon. Mangowcem nigdy nie byłam i raczej nie zostanę, ale ze względu na ludzi - bawiłam się nieźle. Z tego co pamiętam.
Później zaczęłam jeździć na Pyrkony i się jakoś tam odnalazłam.
Dlatego też relacja raczej z perspektywy kogoś, kto nieco już zobaczył i swoje wie ;)
Akt 1: Kolejka
Element często spotykany na konwentach - Pyrkon sobie z tym poradził w 2013, ale na Baltikonie też nie było tak źle - może dlatego, że frekwencja nie była aż tak duża, aby możliwe były wielkie kolejki. ;) Nie straciłam żadnych punktów programu, czyli było dobrze. ;) A przy okazji można było sobie pogadać. Ze statystyk wynika, że najwięcej ludzi poznaje się w kolejkach.
Akt 2: Budynek szkoły i atrakcje
Konwent odbywał się w budynku Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, która również w tych dniach miała swoje dni otwarte. Ciekawostka: W czasach II WŚ mieścił się w tym miejscu szpital psychiatryczny.
Budynek dość przestronny, miejsca nie brakowało i nie miałam problemu, aby zmieścić się w sali na wyczekiwanej prelekcji.
Można było zobaczyć jak powstają cosplaye, pograć w GuitarHero czy w karcianki i planszówki w Games Roomie, w którym zazwyczaj było miejsce. Także to raczej na plus.
Akt 3: Stoiska
Zdecydowanie było ich zbyt mało. Przyzwyczajona do doświadczeń Pyrkonowych liczyłam na to, że upoluję jakąś ciekawą biżuterię lub wybiorę sobie książkę, ale zapomniałam, że to jest konwent bardziej mangowy i mogłam jedynie kupić sobie na pocieszenie poduszkę z Yaoi...

Akt 4: Program
Jak już wspominałam, mangowcem nie jestem, więc ciężko było znaleźć coś dla siebie. Interesuję się psychologią - pisze książkę i szukałam czegoś, co może mnie wspomóc. I było z tym ciężko. Było kilka prelekcji związanych właśnie z psychologią, twórczym myśleniem i powiązaniami z fantastyką, więc liczyłam na przykład na coś o motywach bohaterów, czy też coś powiązanego z psychiką innych ras, a otrzymałam same podstawy psychologii z powiązaniami z fantastyką jedynie w tytule. Czyli nic nowego dla osoby tym zainteresowanej.
Aczkolwiek program nadrabiały prelekcje Anety Jadowskiej i Basi Karlik - zdecydowanie najlepsze.
Co do noclegów nie będę się wypowiadać, gdyż nocowałam w domu.
Ogólnie moja ocena na plus mimo paru niedociągnięć. Fajnie, że wreszcie dzieje się coś w Trójprzymierzu - może wreszcie uda się przełamać fatum, które swojego czasu zawisło nad Trójmiastem ;)

niedziela, 17 sierpnia 2014
Proces tworzenia - czyli o tym ile problemów napotyka każdego z nas.
Żyjemy w świecie, gdzie umiejętność pisania i czytania nie jest niczym dziwnym, więc i każdy z nas raz na jakiś czas ma przyjemność stworzenia czegoś - a czy jest to artykuł, piosenka, wiersz, opowiadanie, felieton, książka, film - to już nieważne. I nieważne też kim jesteśmy - możemy być uczniami, studentami, pracownikami, bezrobotnymi - każdego i tak kiedyś jakiś przymus dopadnie.
Proces tworzenia
Polega na tym, że dostaliśmy zadanie lub sami je sobie wymyśliliśmy i musimy tak to wszystko ułożyć, aby pasowało nam lub naszemu potencjalnemu odbiorcy. I tu zaczyna się problem.
Zbieranie materiałów
No dobra. Wiemy już, że chcemy coś napisać, ale jak zacząć? Może warto by było przejść się do biblioteki i zobaczyć jak ktoś inny opisuje temat, o który będziemy zahaczać? A może po prostu spotkać się z osobą, która siedzi w tym temacie dłużej od nas i z nią porozmawiać? Właściwie pisarz jest takim złodziejem - inspiruje się tym, co już istnieje i na tej podstawie pisze coś nowego. Bo praktycznie wszystko już gdzieś zostało wymyślone.
Zbieranie się do pracy
Wiemy już o czym mniej więcej będziemy pisać, jak się dany proces odbywa, kto kogo zabije i takie tam. I co z tego? Ano nic. Siadamy do komputera, otwieramy pustą stronę Worda i gapimy się w nią przez godzinę nie wiedząc co napisać. I choć piszemy pierwsze zdanie, może nawet dwa zdania - wydają nam się one jakieś takie dziwne - że tak nie powinno być i ogólnie wszystko jest bez sensu.
Ja w takim momencie wychodzę gdzieś na spacer, jadę w teren - gdziekolwiek. Mam takie jedno magiczne miejsce, gdzie napisałam naprawdę wiele stron różnych powieści i tam po prostu chce się wracać. W ten weekend byłam tam dosłownie na pięć minut, a zdążyłam nawdychać się weny. ;)
Czasem pomaga też muzyka - jakaś klimatyczna, dobre są soundtracki z filmów, twórczość Yirumy i można zamknąć oczy i pisać to, co nam "ślina" na palce przyniesie. Oczywiście - jeśli potrafi się pisać z zamkniętymi oczami. Można też rozpisać sobie wszystko na kartce i po prostu realizować plan punkt po punkcie - ja tak nie robię, bo potem i tak nie wiem co napisać. Po prostu muszę złapać "bakcyla" i pisać, pisać, pisać.
Wszystko jest przeciwko
Ostatnio złapałam duużo weny - jak już wspominałam. I co? Nie napisałam praktycznie nic. Bo laptop się psuje, więc boję się, że połowa mi się nagle usunie, gdy laptop postanowi się wyłączyć, a poza tym po remoncie nie mam jeszcze wygodnego krzesła i dłużej niż godzinę na nim nie usiedzę, a na pewno nie będę w nastroju, aby napisać coś sensownego. A przy okazji może jeszcze sobie sprawdzę pocztę, odpiszę na maila, zobaczę co słychać na facebooku, pogram w Quizwanie, polubię zdjęcia znajomych, ułożę 2048. Ewentualnie mogę posprzątać na biurku.
"Na ostatni moment"
Możemy tworzenie odkładać i odkładać. Ale co wtedy, jeśli deadline nas dogoni? Siadamy więc i piszemy, piszemy, piszemy, byle cokolwiek powstało. Weny nie ma, pisać trzeba. Powstają linijki tekstu, które naszym zdaniem sensu nie mają - ale są. Nigdy nie będzie tak, że to napisane "na szybko" będzie nam się podobało - bo nie włożyliśmy w to wystarczającej ilości pracy, a jedynie stworzyliśmy to na odczepne.
Wena
A tak odnośnie moich wcześniejszych wypocin - kwestia definicji weny. No bo czym tak właściwie jest? Pomysł na napisanie czegoś to osobna kwestia, może jakiś impuls do pracy? I dlaczego zdecydowanie częściej spotyka się stwierdzenie "Nie mam weny, nic nie napiszę" niż "Mam wenę, idę pisać"? Może dlatego, że tak naprawdę pojęcie wena nie istnieje, a jest to jedynie przykrywka na nasze lenistwo?
Co o tym sądzicie?
wtorek, 4 lutego 2014
Szare.
Nasze kolorowe życie jest takie szare
Twoje młode oczy są takie stare
Ktoś białe nazwał czarnym, choć mówią, że się nie starał
Tylko czemu mu wierzymy, kto nas będzie za to karał?
Lipa ogólnie.
We wszystkim co może być.
Poza sesją. Sesja zdecydowanie bardzo spoko.
Być może niedługo tu wrócę i zagoszczę na dłużej, zobaczymy.
niedziela, 15 września 2013
Leniwa niedziela
Dziwne uczucie, gdy do końca wakacji dwa tygodnie, a pogoda jest tak jesienna, jakby gdzieś już blisko była sesja. Zdecydowanie nie nastraja to optymizmem...
Lato przeminęło i trzeba wziąć się do roboty.
Tylko jak?
Lato przeminęło i trzeba wziąć się do roboty.
Tylko jak?
sobota, 17 sierpnia 2013
Roztargnienie
Jest 2:40, ale pory, kiedy wena nawiedzi się nie wybiera. Zalałam dzisiaj herbatę zimną wodą i na tym w zasadzie kończą się moje podobieństwa do wiersza. Rymy słabe, ale co tam.
czwartek, 25 lipca 2013
Rowerowo!
Wakacje są, większych planów jak nie było tak nie ma. Z pisaniem utknęłam w martwym punkcie i zupełnie nie radzę sobie z moją bohaterką, która robi co chce i strzela focha na cały świat. Trudny charakter, ech...
No i tak się złożyło, że bieganie porzuciłam - bo za ciepło, za bardzo męczy, za bardzo leniwa... I czas leciał, aż tu nagle zgadałyśmy się z Agatą i jeździmy. Endomondo mówi, że przejechałyśmy już 72,66 km. Jak na 4 wypady to w sumie dużo. Może jeszcze się uda do końca tygodnia zrobić tak, aby było 100 :D A jeśli nie, to trudno. Potem tydzień przerwy, bo Woodstock i znoowu.
W ogóle to dziwne, że jeżdżę ostatnio tyle, a zakwasów praktycznie żadnych... Zwłaszcza, że mój rower nie jest zbyt wygodny, ani przystosowany do jeżdżenia dłuższego niż dwa kilometry. Ot najzwyklejszy, najtańszy kupiony chyba z dziesięć lat temu za niewielkie pieniądze. Aż dziwne, że to jeszcze jeździ - trochę słabe hamulce, lekko krzywe tylne koło, ale daje radę. Zawrotnych prędkości nie osiągamy, więc może dlatego nic się jeszcze nie zepsuło :D
Odwiedzamy dawne nieuczęszczane trasy, którymi kiedyś zdarzyło nam się jechać i dodajemy nowe odcinki. Po dzisiejszej wyprawie wiemy, że więcej do miejscowości Borzęcin się nie zapuścimy - zdecydowanie dojazd pod górkę nie był przyjemny, powrót z górki, ale mimo wszystko ciężko było.
No i tak się złożyło, że bieganie porzuciłam - bo za ciepło, za bardzo męczy, za bardzo leniwa... I czas leciał, aż tu nagle zgadałyśmy się z Agatą i jeździmy. Endomondo mówi, że przejechałyśmy już 72,66 km. Jak na 4 wypady to w sumie dużo. Może jeszcze się uda do końca tygodnia zrobić tak, aby było 100 :D A jeśli nie, to trudno. Potem tydzień przerwy, bo Woodstock i znoowu.
W ogóle to dziwne, że jeżdżę ostatnio tyle, a zakwasów praktycznie żadnych... Zwłaszcza, że mój rower nie jest zbyt wygodny, ani przystosowany do jeżdżenia dłuższego niż dwa kilometry. Ot najzwyklejszy, najtańszy kupiony chyba z dziesięć lat temu za niewielkie pieniądze. Aż dziwne, że to jeszcze jeździ - trochę słabe hamulce, lekko krzywe tylne koło, ale daje radę. Zawrotnych prędkości nie osiągamy, więc może dlatego nic się jeszcze nie zepsuło :D
Odwiedzamy dawne nieuczęszczane trasy, którymi kiedyś zdarzyło nam się jechać i dodajemy nowe odcinki. Po dzisiejszej wyprawie wiemy, że więcej do miejscowości Borzęcin się nie zapuścimy - zdecydowanie dojazd pod górkę nie był przyjemny, powrót z górki, ale mimo wszystko ciężko było.
sobota, 29 czerwca 2013
Wakacje?
W czwartek napisałam ostatnie zaliczenie i oficjalnie mam wakacje. I szczerze mówiąc, na chwilę obecną ich nie lubię. Bierze mnie jakieś przeziębienie i strasznie mnie denerwuje, że muszę siedzieć w domu i tylko sprzątać, co jest bardziej męczące niż studiowanie. Zdecydowanie wolałam rzadziej bywać w domu, a więcej czasu spędzać poza nim. Było to trochę męczące, ale po jednym dniu odpoczynku chce się już gdzieś pojechać, cokolwiek.
I może to jest jakaś myśl, aby rozpocząć nowy projekt - coś, co by zajęło na wakacje, a później było taką skarbnicą wspomnień czy czegoś, aby to przeglądać w zimowe wieczory i dzielić się z innymi. Zobaczymy, czy i kiedy mi się odechce... A plan mam taki, aby przy jak najmniejszym nakładzie pieniędzy odwiedzić różne ciekawe miejsca, zrobić zdjęcia czy coś. Zobaczymy jak to wyjdzie.
Tym samym fajnie by było napisać jakąś relację z podróży... Zaczynamy? Co prawda nie jest to wakacyjna wyprawa, ale zawsze mogę na ten temat napisać, bo jest dość świeża. Dość spontaniczny wypad za miasto z serii: Blisko i ładnie. Jezioro Otomin, położone około dziesięć kilometrów od centrum Gdańska. Dojazd linią 174, później drogę do jeziora można pokonać pieszo. Parking bezpłatny.
Woda generalnie brudna, masę glonów, więc kąpieli nie polecam (po 2 semestrach basenu mam swego rodzaju spaczenie, że woda musi być tak czyściutka, aby widzieć dno...), ale można sobie posiedzieć, pospacerować, pogadać... :) Idealne miejsce na rozłożenie się z książką - cisza, spokój, można przemyśleć, napisać jakiś rozdział i przede wszystkim odpocząć. :> Najfajniejsze jest to, że niby blisko miasta, a jednocześnie czuć jakby było się w zupełnej głuszy - prawie jak moje magiczne Kłączno, o którym pewnie też napiszę w którejś kolejnej notce.
Kolejna rzecz (po notesie) bez której od teraz nie wychodzę z domu: aparat ;>
czwartek, 23 maja 2013
Takie tam.
Dawno nie pisałam, choć wiele razy zaczynałam notkę i następnie ją usuwałam. Zawsze po chwili mi się odechciewało, znajdowałam coś do roboty i zapominałam, że miałam napisać.
I tak minął luty, marzec, kwiecień i prawie cały maj.
W międzyczasie zaliczyłam Pyrkon, zwiedziłam kolejną część Poznania w majówkę, odwiedziłam Hel, byłam na Technikaliach, robiłam milion projektów, sprawozdań i innych rzeczy związanych z uczelnią, uwaliłam 2 koła z elektry i jakoś żyję.
Kolejna sesja się zbliża, a później wakacje... Jakoś przeżyjemy, bo kto, jeśli nie my?
Zapomniałam o najważniejszym. 28 kwietnia zakończyłam pisanie książki, zaś 2 maja poprawki. Teraz jeszcze małe opinie znajomych, ewentualne korekty i próbujemy wysyłać ;)
Parę zdjęć kamerkowych przeróżnych :)
I tak minął luty, marzec, kwiecień i prawie cały maj.
W międzyczasie zaliczyłam Pyrkon, zwiedziłam kolejną część Poznania w majówkę, odwiedziłam Hel, byłam na Technikaliach, robiłam milion projektów, sprawozdań i innych rzeczy związanych z uczelnią, uwaliłam 2 koła z elektry i jakoś żyję.
Kolejna sesja się zbliża, a później wakacje... Jakoś przeżyjemy, bo kto, jeśli nie my?
Zapomniałam o najważniejszym. 28 kwietnia zakończyłam pisanie książki, zaś 2 maja poprawki. Teraz jeszcze małe opinie znajomych, ewentualne korekty i próbujemy wysyłać ;)
Parę zdjęć kamerkowych przeróżnych :)
wtorek, 29 stycznia 2013
I w zasadzie po sesji.
Zaraz? Pisałam tu szesnaście dni temu, że nie wiem jak zaliczę dwadzieścia rzeczy, a to wszystko już za mną? Ale jak to?!
Został mi jeden egzamin 7 lutego, reszta mam nadzieję, że do przodu. :)
Przechodniu, powiedz Fizyce, tu leżym, jej syny.
Prawom jej do ostatniej posłuszni godziny
A tak na serio, wierzyć mi się nie chce, że to wszystko zaliczyłam. To dla mnie jak jakiś sen, z którego zaraz się obudzę. Nie włożyłam w to tyle pracy, co podczas poprzednich sesji, a wszystko póki co w pierwszych terminach. Nie wiem, czy ta sesja była łatwiejsza, czy rozłożyłam sobie bardziej pracę - choć w to drugie wątpię. Nie uczyłam się przez cały semestr, obijałam się totalnie. O co więc chodzi?
Myślę i nic, trzy ostatnie tygodnie były straszne. Brak snu po nocach, zupełny brak rozumienia tematu, milion godzin spędzonych na PG i w jej okolicach, starając się napisać tysiąc raportów i sprawozdań. Ale to trzy tygodnie, semestr ma piętnaście. Pozostałe dwanaście chodziłam tylko na zajęcia i uczyłam się na laborki, czasem robiąc jakiś projekt.
I tu się nasuwa pytanie: Faktycznie było tak mało roboty przez te 12 tygodni, czy po prostu przyzwyczaiłam się do panujących warunków i mimo 536 godzin spędzonych na PG w semestrze (średnio z dojazdami - 10 h dziennie poza domem), uczyłam się na bieżąco? Impossible.
Nie próbowałam wkuwać nic na pamięć, starałam się rozumieć to, czego się uczę. Nie przedłużałam na siłę nauki, jeśli w danym dniu nie jestem w stanie tego pojąć - to sama tego nie pojmę i szukałam pomocy u bardziej ogarniętych osób, które w dwóch zdaniach tłumaczyły mi, na czym problem polega i życie stawało się łatwiejsze. Nie przejmowałam się możliwością porażki, starałam się napisać tak, jak umiem, bez żadnej spiny.
Może właśnie o to chodzi? Nie rozpatruj przyszłości i tego, co będzie, jeśli się nie uda - po prostu idź się uczyć i staraj się zrobić tak, aby wyszło jak najlepiej. A jeśli to nie wychodzi - nie załamuj się, na pewno ktoś z Twoich znajomych to potrafi! :>
Pozdrówka i powodzenia w walce z sesją,
M.
niedziela, 13 stycznia 2013
Nic...
Zupełnie nic mi się nie chce. Nie robię nic. Nie wiem jak zaliczę te dwadzieścia rzeczy. Nie rozumiem niczego. Jestem nieznośna i kłótliwa.
Mam dość.
Chciałabym zasnąć i obudzić się, gdy będzie już po sesji.
Bardzo chce mi się pisać, ale wiem, że jeśli zacznę, to nie skończę wcześnie i tym samym stracę czas, który mogłam przeznaczyć na naukę, a potem będę sobie wyrzucać, że czegoś nie zrobiłam.
Patrzę na ten cholerny śnieg, który przywołuje wspomnienia i myślę, jak przeżyć następne tygodnie. Mam ochotę biegać, ale moje śliczne białe adidasy mogą nie przeżyć tego starcia ;<
I co mnie obchodzi, jaka jest definicja wału i etapy jego projektowania...?!
Potrzebuję chwili wytchnienia, czasu, w którym mogłabym wyluzować, nie myśleć o niczym ważnym, ale terminy gonią, projekty kopią, a zaliczenia grożą śmiercią...
Co ja tu robię?
I po co mi to wszystko? Dlaczego mam się starać, skoro i tak nic nie wyjdzie?
Brzmię jak jakaś 13-latka i tak samo się czuję. Tyle, że tym razem moje problemy nie polegają na tym, że X. mnie nie kocha, a na tym, że Podstawy Budowy Maszyn i 10 innych przedmiotów mnie nie kochają. Nie wiem co gorsze. Kiedyś wszystko wydawało się prostsze. Wiedziałam, że istnieją samochody, że jeżdżą, nie obchodziło mnie, co mają w środku...
Nieważne.
Idę pisać, a Maszyny zdam w poprawkowym...
Mam dość.
Chciałabym zasnąć i obudzić się, gdy będzie już po sesji.
Bardzo chce mi się pisać, ale wiem, że jeśli zacznę, to nie skończę wcześnie i tym samym stracę czas, który mogłam przeznaczyć na naukę, a potem będę sobie wyrzucać, że czegoś nie zrobiłam.
Patrzę na ten cholerny śnieg, który przywołuje wspomnienia i myślę, jak przeżyć następne tygodnie. Mam ochotę biegać, ale moje śliczne białe adidasy mogą nie przeżyć tego starcia ;<
I co mnie obchodzi, jaka jest definicja wału i etapy jego projektowania...?!
Potrzebuję chwili wytchnienia, czasu, w którym mogłabym wyluzować, nie myśleć o niczym ważnym, ale terminy gonią, projekty kopią, a zaliczenia grożą śmiercią...
Co ja tu robię?
I po co mi to wszystko? Dlaczego mam się starać, skoro i tak nic nie wyjdzie?
Brzmię jak jakaś 13-latka i tak samo się czuję. Tyle, że tym razem moje problemy nie polegają na tym, że X. mnie nie kocha, a na tym, że Podstawy Budowy Maszyn i 10 innych przedmiotów mnie nie kochają. Nie wiem co gorsze. Kiedyś wszystko wydawało się prostsze. Wiedziałam, że istnieją samochody, że jeżdżą, nie obchodziło mnie, co mają w środku...
Nieważne.
Idę pisać, a Maszyny zdam w poprawkowym...
środa, 26 grudnia 2012
Święta, święta i po świętach.
Dawno nie pisałam. Znowu mam trochę wolnego czasu, to znowu piszę. To już taka trochę tradycja, że posty są "od święta". :)
Powolutku tworzę listę postanowień na nowy rok i jestem ciekawa jak mi to wyjdzie, skoro jeszcze muszę to wszystko połączyć ze studiowaniem, a to co zamierzam zrobić, będzie mi zajmować ok. 1-2 h dziennie.
Tak niedawno pisałam posta z podsumowaniem roku 2011, a tu już cały 2012 zleciał. Czytam tę zeszłoroczną notkę i za głowę się łapię. W zeszłym roku nie zrobiłam żadnych postanowień noworocznych i było mi z tym dobrze, a teraz jednak jakieś robię. Być może dlatego, że ten 2012 to był taki rok zmian, w którym wszystko się stopniowo układało, a ja zaglądałam wgłąb siebie, próbując poznać moje reakcje na niektóre rzeczy. Coś w ten deseń. A teraz, gdy jestem pewna, co mogę, a czego nie mogę, pozwalam sobie na planowane zmiany, które moim zdaniem są bardzo dobrym pomysłem.
Po pierwsze, zamierzam ukończyć w dość szybkim tempie wszystkie porozpoczynane opowiadania i cały czas "ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć" - wyrabiać styl i poprawić interpunkcję, która leży i kwiczy. Moje bohaterki od jakiegoś czasu ganiają mnie z siekierami po mieście i nawiedzają mnie w snach, ciągną za włosy, abym tylko pisała o ich przygodach, więc i to może uczynię. Mam też nadzieję znaleźć czas na czytanie większej ilości książek.
Druga sprawa, ostatnio co stanę na wagę, wrzeszczę z przerażenia. Zwłaszcza po dwóch dniach siedzenia przy świątecznym stole. Dlatego postanowiłam, że na wadze stawać nie będę, bo mięśnie ważą więcej niż tłuszcz. Skoro zaczęłam pływać, to i trochę mięśni mi się wytworzyło.
Idąc dalej, doszłam do wniosku, że jeśli już pływam raz w tygodniu, to i przydałoby się poza tym zająć trochę sobą. Zupełnym przypadkiem znalazłam stronę biegaj40minut.pl i zrobiłam sobie test dostępny na stronie. Z moją kondycją jest o wiele gorzej niż myślałam (gdzieś w sierpniu/wrześniu dałam sobie spokój z bieganiem) i będzie trzeba włożyć dużo pracy, aby wrócić do formy. Damy radę. Poza tym zaczęłam też z 6 Weidera i zobaczymy co z tego wyjdzie, bo nie wiem czy nie zrezygnuję z niej na rzecz brzuszków.
Ostatnie takie większe postanowienie to coś, co chodzi za mną właściwie od pięciu lat. Pięć lat temu dostałam na gwiazdkę gitarę i jeszcze nie nauczyłam się na niej grać. A to brakowało mi czasu, szkoda mi było paznokci, rodzinie przeszkadzało "brzdąkanie", więc zaprzestałam po kilku tygodniach. Może zacznę od nowa, przynajmniej spróbuję i przypomnę sobie te kilka chwytów.
Chociaż i tak najważniejszym jak na razie jest, aby zaliczyć sesję w pierwszych terminach, bo nienawidzę poprawek. :P
Powolutku tworzę listę postanowień na nowy rok i jestem ciekawa jak mi to wyjdzie, skoro jeszcze muszę to wszystko połączyć ze studiowaniem, a to co zamierzam zrobić, będzie mi zajmować ok. 1-2 h dziennie.
Tak niedawno pisałam posta z podsumowaniem roku 2011, a tu już cały 2012 zleciał. Czytam tę zeszłoroczną notkę i za głowę się łapię. W zeszłym roku nie zrobiłam żadnych postanowień noworocznych i było mi z tym dobrze, a teraz jednak jakieś robię. Być może dlatego, że ten 2012 to był taki rok zmian, w którym wszystko się stopniowo układało, a ja zaglądałam wgłąb siebie, próbując poznać moje reakcje na niektóre rzeczy. Coś w ten deseń. A teraz, gdy jestem pewna, co mogę, a czego nie mogę, pozwalam sobie na planowane zmiany, które moim zdaniem są bardzo dobrym pomysłem.
Po pierwsze, zamierzam ukończyć w dość szybkim tempie wszystkie porozpoczynane opowiadania i cały czas "ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć" - wyrabiać styl i poprawić interpunkcję, która leży i kwiczy. Moje bohaterki od jakiegoś czasu ganiają mnie z siekierami po mieście i nawiedzają mnie w snach, ciągną za włosy, abym tylko pisała o ich przygodach, więc i to może uczynię. Mam też nadzieję znaleźć czas na czytanie większej ilości książek.
Druga sprawa, ostatnio co stanę na wagę, wrzeszczę z przerażenia. Zwłaszcza po dwóch dniach siedzenia przy świątecznym stole. Dlatego postanowiłam, że na wadze stawać nie będę, bo mięśnie ważą więcej niż tłuszcz. Skoro zaczęłam pływać, to i trochę mięśni mi się wytworzyło.
Idąc dalej, doszłam do wniosku, że jeśli już pływam raz w tygodniu, to i przydałoby się poza tym zająć trochę sobą. Zupełnym przypadkiem znalazłam stronę biegaj40minut.pl i zrobiłam sobie test dostępny na stronie. Z moją kondycją jest o wiele gorzej niż myślałam (gdzieś w sierpniu/wrześniu dałam sobie spokój z bieganiem) i będzie trzeba włożyć dużo pracy, aby wrócić do formy. Damy radę. Poza tym zaczęłam też z 6 Weidera i zobaczymy co z tego wyjdzie, bo nie wiem czy nie zrezygnuję z niej na rzecz brzuszków.
Ostatnie takie większe postanowienie to coś, co chodzi za mną właściwie od pięciu lat. Pięć lat temu dostałam na gwiazdkę gitarę i jeszcze nie nauczyłam się na niej grać. A to brakowało mi czasu, szkoda mi było paznokci, rodzinie przeszkadzało "brzdąkanie", więc zaprzestałam po kilku tygodniach. Może zacznę od nowa, przynajmniej spróbuję i przypomnę sobie te kilka chwytów.
Chociaż i tak najważniejszym jak na razie jest, aby zaliczyć sesję w pierwszych terminach, bo nienawidzę poprawek. :P
piątek, 2 listopada 2012
Nareszcie cztery dni wolnego, podczas których znajduję czas (poza nauką) na pisanie. I idzie mi całkiem nieźle, jeśli tak to można nazwać.
Wreszcie udało mi się skończyć rozdział siódmy, który męczyłam od wakacji. A to nie miałam czasu, nie miałam ochoty, napisałam dwa zdania i zapominałam co miałam napisać, gubił mi się zeszyt z notatkami i tak dalej. Ale jest jeden plus tego przestoju: Zawarłam w tym rozdziale więcej wątków niż zamierzałam, budując tym samym fundamenty pod kolejne części. :)
Czuję z tego powodu swojego rodzaju zadowolenie: Bliżej niż dalej do końca - jeszcze tylko trzy rozdziały. Trzy rozdziały, w których muszę zawrzeć dużo ważnych później rzeczy. No i zostało mi nauczyć się na pamięć planu miasta Kraków, bo Wrocław po rozdziale siódmym mam już w małym paluszku, a schemat linii tramwajowych będzie mi się śnił po nocach.
I na koniec mały fragment, który udało mi się wyprodukować wczoraj:
Wreszcie udało mi się skończyć rozdział siódmy, który męczyłam od wakacji. A to nie miałam czasu, nie miałam ochoty, napisałam dwa zdania i zapominałam co miałam napisać, gubił mi się zeszyt z notatkami i tak dalej. Ale jest jeden plus tego przestoju: Zawarłam w tym rozdziale więcej wątków niż zamierzałam, budując tym samym fundamenty pod kolejne części. :)
Czuję z tego powodu swojego rodzaju zadowolenie: Bliżej niż dalej do końca - jeszcze tylko trzy rozdziały. Trzy rozdziały, w których muszę zawrzeć dużo ważnych później rzeczy. No i zostało mi nauczyć się na pamięć planu miasta Kraków, bo Wrocław po rozdziale siódmym mam już w małym paluszku, a schemat linii tramwajowych będzie mi się śnił po nocach.
I na koniec mały fragment, który udało mi się wyprodukować wczoraj:
Oraz zdjęcie jeszcze z wakacji:- To tak nie działa – odparłam. – Nie można po prostu zapomnieć kilku miesięcy z życia i zachowywać się tak, jakby nic się nie stało.- Można – odpowiedział krótko. – Robię to cały czas i dobrze sobie radzę, jak widzisz.Przez chwilę naszła mnie myśl, że może Kuba naprawdę jest kimś zupełnie innym, niż postać, którą gra w tym przedstawieniu życia. Nie pozwolił mi siebie poznać, a przez zgrywanie luzaka, nawet nie próbowałam wnikać w to, jak jest naprawdę. Nie miałam na to czasu ani siły. Moje myśli zajmowało coś zupełnie innego.
środa, 22 sierpnia 2012
Poznań.
Wróciłam z Poznania już jakiś czas temu, ale dopiero zebrałam się, aby napisać notkę.
Wakacje powoli się kończą, trzeba uczyć się do poprawek. Praca też się kończy, szkoda.
Kilka zdjęć z wycieczki krajoznawczo-wenotwórczej.
Wakacje powoli się kończą, trzeba uczyć się do poprawek. Praca też się kończy, szkoda.
Kilka zdjęć z wycieczki krajoznawczo-wenotwórczej.
Obowiązkowo piosenka:
czwartek, 5 lipca 2012
Romans z Mickiewiczem.
Chyba się starzeję. Zaczęłam dzisiaj sama z siebie sprzątać w szafce, w której panował chaos od przynajmniej 7 lat. Zostały wtedy do niej przełożone wszystkie książki, które czytywała moja mama w młodości, a także mnóstwo innych rzeczy, które nie znalazły miejsca gdzie indziej. Mówiąc krótko - poupychano tam wszystko, co było możliwe.
No i nadszedł czas zagłady, wyrzuciłam połowę (np. jakieś stare swetry ojca, w których nie chodził od 15 lat), a książki ładnie poukładałam.
Przy okazji dokonałam jednego znaleziska, które pochłonęło mi dzisiaj prawie cały wieczór i pochłaniać będzie dalej. A mianowicie są to "Dzieła Poetyckie" Adama Mickiewicza, wydane w roku 1933 nakładem Komitetu Mickiewiczowskiego. Mocno nadgryzione zębem czasu (i to nie jest metafora, faktycznie grzbiet wygląda, jakby ktoś odgryzł jego kawałek).
Ale nie o tym chcę mówić, bo to nie temat na opisywanie rodzinnej biblioteczki, a na samą twórczość Mickiewicza. Muszę przyznać, że w gimnazjum i szkole średniej niezbyt przykładałam się do lekcji polskiego. Nie miałam na to czasu, bo gdybym miała wszystko czytać i wszystkiego się uczyć ze wszystkich przedmiotów, musiałabym wyrzec się snu, jedzenia i nocować w szkole, aby nie tracić czasu na przemieszczanie się między tą instytucją, a domem.
A teraz czytam sobie twórczość naszego Wieszcza Narodowego. I co stwierdzam? Liceum jest złe, bo tłamsi w człowieku jakiekolwiek chęci do samodzielnego myślenia, zagłębiania się w wybitną literaturę. Chodzi tylko o to, aby jak najlepiej zdać maturę - wstrzelić się w klucz odpowiedzi. A po co komu zrozumienie poety na własny sposób, skoro ktoś już wymyślił jak to interpretować?
Strasznie lubię dociekać, dlaczego coś takiego powstało i jakie miałoby odniesienie w życiu codziennym. Gdyby Mickiewicz żył teraz w moim mieście to myślę, że mógłby być moim dobrym kumplem. Czytając niektóre utwory, mam wrażenie, jakbym czytała o swoim życiu i jedyne co mi wówczas nie pasuje, to końcówki -em i -aś.
No cóż, mój nowy kochanek czeka!
No i nadszedł czas zagłady, wyrzuciłam połowę (np. jakieś stare swetry ojca, w których nie chodził od 15 lat), a książki ładnie poukładałam.
Przy okazji dokonałam jednego znaleziska, które pochłonęło mi dzisiaj prawie cały wieczór i pochłaniać będzie dalej. A mianowicie są to "Dzieła Poetyckie" Adama Mickiewicza, wydane w roku 1933 nakładem Komitetu Mickiewiczowskiego. Mocno nadgryzione zębem czasu (i to nie jest metafora, faktycznie grzbiet wygląda, jakby ktoś odgryzł jego kawałek).
Ale nie o tym chcę mówić, bo to nie temat na opisywanie rodzinnej biblioteczki, a na samą twórczość Mickiewicza. Muszę przyznać, że w gimnazjum i szkole średniej niezbyt przykładałam się do lekcji polskiego. Nie miałam na to czasu, bo gdybym miała wszystko czytać i wszystkiego się uczyć ze wszystkich przedmiotów, musiałabym wyrzec się snu, jedzenia i nocować w szkole, aby nie tracić czasu na przemieszczanie się między tą instytucją, a domem.
A teraz czytam sobie twórczość naszego Wieszcza Narodowego. I co stwierdzam? Liceum jest złe, bo tłamsi w człowieku jakiekolwiek chęci do samodzielnego myślenia, zagłębiania się w wybitną literaturę. Chodzi tylko o to, aby jak najlepiej zdać maturę - wstrzelić się w klucz odpowiedzi. A po co komu zrozumienie poety na własny sposób, skoro ktoś już wymyślił jak to interpretować?
Strasznie lubię dociekać, dlaczego coś takiego powstało i jakie miałoby odniesienie w życiu codziennym. Gdyby Mickiewicz żył teraz w moim mieście to myślę, że mógłby być moim dobrym kumplem. Czytając niektóre utwory, mam wrażenie, jakbym czytała o swoim życiu i jedyne co mi wówczas nie pasuje, to końcówki -em i -aś.
No cóż, mój nowy kochanek czeka!
czwartek, 21 czerwca 2012
Nadal twórczo, choć teraz nieco inaczej - przestajemy pisać to, co wpadnie do głowy, a piszemy raczej przemyślane sceny, które będą miały znaczenie w dalszej części powieści. Pojawiają się coraz to nowe problemy, ale co dwie głowy to nie jedna. Często pytam L., co by zrobiła w takiej, a takiej sytuacji. Najlepsze są najprostsze rozwiązania. A najlepiej się myśli nad akcją w miejscach, w których bywają bohaterowie. Tym samym zwiedziłyśmy sporą część Gdańska, co rusz wpadając na nowe pomysły. Nie ma to jak patrzeć na miasto z góry, obserwować przejeżdżające pociągi PKP, czy oglądać świat zza okna w tramwaju. Chwila zadumy, choć cztery dni w nieustannym biegu... to było to, czego potrzebowałam przez ostatnie tygodnie.
Piosenka na dziś:
Ubrania: Spodenki - House (jakaś stara kolekcja), koszulka - New Yorker, torebka - sh, buty - rynek?, sweter - sh, okulary - C&A.
Piosenka na dziś:
czwartek, 14 czerwca 2012
Eureka!
Wakacje od ponad tygodnia. Fizyka i Mechanika pozdrawiają i cierpliwie czekają na wrzesień.
Stan aktualny: 3 skaleczenia na palcach.
Stan przyszły: Odciski na palcach od klawiatury.
Właściwie od poniedziałku się uparłyśmy. Hasło przewodnie: PISZEMY! Wszystko powstaje, tak ambitnie, po kawałeczku. Każda mała rzecz ma znaczenie. I tak jak podobno Archimedes wrzeszczał "Eureka", tak i ja mam ochotę miejscami wydawać takie odgłosy. Lai stwierdziła, że razem, z naszymi burzami mózgów, mamy IQ Einsteina. To znaczy, nie jesteśmy jakieś specjalnie genialne, ale wymyślanie, jak uprzykrzyć życie naszym bohaterom idzie nam wyśmienicie. Ona zaczyna zdanie, ja kończę. 5 lat praktyki, w osiąganiu kompromisów robi swoje.
Jeszcze jakieś dziesięć razy tyle i lecimy do wydawnictwa, haha. Które powie nam, że nie umiemy pisać ;)
Naprawdę, cieszę się, że wybrałam uczelnię techniczną, dzięki której miewam tak dobre pomysły. Nie wyobrażam sobie, aby taki pomysł wpadł mi na przykład podczas czytania książki X na jakiejś filologii. A tak, skoro mam podstawy wiedzy na dany temat, to dlaczego by tego nie wprowadzić w życie, nie udoskonalić i nie zrobić z tego pięknej fantastyki?
Pozdrawiam,
M.
Stan aktualny: 3 skaleczenia na palcach.
Stan przyszły: Odciski na palcach od klawiatury.
Właściwie od poniedziałku się uparłyśmy. Hasło przewodnie: PISZEMY! Wszystko powstaje, tak ambitnie, po kawałeczku. Każda mała rzecz ma znaczenie. I tak jak podobno Archimedes wrzeszczał "Eureka", tak i ja mam ochotę miejscami wydawać takie odgłosy. Lai stwierdziła, że razem, z naszymi burzami mózgów, mamy IQ Einsteina. To znaczy, nie jesteśmy jakieś specjalnie genialne, ale wymyślanie, jak uprzykrzyć życie naszym bohaterom idzie nam wyśmienicie. Ona zaczyna zdanie, ja kończę. 5 lat praktyki, w osiąganiu kompromisów robi swoje.
Jeszcze jakieś dziesięć razy tyle i lecimy do wydawnictwa, haha. Które powie nam, że nie umiemy pisać ;)
Naprawdę, cieszę się, że wybrałam uczelnię techniczną, dzięki której miewam tak dobre pomysły. Nie wyobrażam sobie, aby taki pomysł wpadł mi na przykład podczas czytania książki X na jakiejś filologii. A tak, skoro mam podstawy wiedzy na dany temat, to dlaczego by tego nie wprowadzić w życie, nie udoskonalić i nie zrobić z tego pięknej fantastyki?
Pozdrawiam,
M.
wtorek, 29 maja 2012
Fizyka - Mazz 2:1
Walka trwa.
A tymczasem stary cytat z nigdy niedokończonej książki, na który mam dzisiaj nastrój:
Walka trwa.
A tymczasem stary cytat z nigdy niedokończonej książki, na który mam dzisiaj nastrój:
Mam ochotę sobie poprzeklinać, ale jako, że jestem niezwykle kulturalną osobą, to tego nie zrobię.- Wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? – zapytała któregoś razu Lina. Spojrzał na nią z zaciekawieniem i pokręcił przecząco głową. – To, że najbardziej tęsknię za tym, co się nigdy nie wydarzyło. Ciągle wyobrażam sobie, co by było, gdyby wszystko potoczyło się inaczej i gdyby nie było żadnych uprzedzeń rodzinnych i tak dalej. Wymyślam tysiące różnych wersji wydarzeń, które mogłyby zmienić bieg tego wszystkiego. Zastanawiam się, co źle zrobiłam i dlaczego teraz odnoszę tego skutki. A zresztą, marzę o tym, aby po prostu mnie przytulił, jakby nic się nie stało. Myślę o tym, co robi i czy myśli o mnie. Tęsknię za jego dotykiem i spontanicznymi pocałunkami. A co najgorsze, mam wrażenie, że to już nigdy nie powróci i że nigdy nie będzie jak dawniej. Po prostu, brakuje mi go, jak nigdy nikogo innego. Wiem, że nie powinnam ci tego mówić i jest mi cholernie głupio, ale po prostu muszę się komuś wygadać. Padło na ciebie, przepraszam.
niedziela, 13 maja 2012
Sesja blisko, ale co tam.
Proces twórczy trwa.
Po lewej: złom 1 - odpalony jakiś plik w wordzie i gif z człowieczkiem który tak intensywnie naparza w klawiaturę, że odpadają mu ręce, a potem jeszcze głową. :) Bo tylko takie pliki uciągnie.
Środek: Asus mój kochany.
Po prawej złomiszcz numer 2, opisany w poprzedniej notce.
Słońce właśnie wyłoniło się zza chmur.
Pozytywnie.
Pozytywnie.
(I zostało mi jakieś 12 rzeczy do zaliczenia ;<)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



+przerobione.jpg)






























