Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lipca 2012

Romans z Mickiewiczem.

Chyba się starzeję. Zaczęłam dzisiaj sama z siebie sprzątać w szafce, w której panował chaos od przynajmniej 7 lat. Zostały wtedy do niej przełożone wszystkie książki, które czytywała moja mama w młodości, a także mnóstwo innych rzeczy, które nie znalazły miejsca gdzie indziej. Mówiąc krótko - poupychano tam wszystko, co było możliwe.

No i nadszedł czas zagłady,  wyrzuciłam połowę (np. jakieś stare swetry ojca, w których nie chodził od 15 lat), a książki ładnie poukładałam.

Przy okazji dokonałam jednego znaleziska, które pochłonęło mi dzisiaj prawie cały wieczór i pochłaniać będzie dalej. A mianowicie są to "Dzieła Poetyckie" Adama Mickiewicza, wydane w roku 1933 nakładem Komitetu Mickiewiczowskiego. Mocno nadgryzione zębem czasu (i to nie jest metafora, faktycznie grzbiet wygląda, jakby ktoś odgryzł jego kawałek).

Ale nie o tym chcę mówić, bo to nie temat na opisywanie rodzinnej biblioteczki, a na samą twórczość Mickiewicza. Muszę przyznać, że w gimnazjum i szkole średniej niezbyt przykładałam się do lekcji polskiego. Nie miałam na to czasu, bo gdybym miała wszystko czytać i wszystkiego się uczyć ze wszystkich przedmiotów, musiałabym wyrzec się snu, jedzenia i nocować w szkole, aby nie tracić czasu na przemieszczanie się między tą instytucją, a domem.

A teraz czytam sobie twórczość naszego Wieszcza Narodowego. I co stwierdzam? Liceum jest złe, bo tłamsi w człowieku jakiekolwiek chęci do samodzielnego myślenia, zagłębiania się w wybitną literaturę. Chodzi tylko o to, aby jak najlepiej zdać maturę - wstrzelić się w klucz odpowiedzi. A po co komu zrozumienie poety na własny sposób, skoro ktoś już wymyślił jak to interpretować?

Strasznie lubię dociekać, dlaczego coś takiego powstało i jakie miałoby odniesienie w życiu codziennym. Gdyby Mickiewicz żył teraz w moim mieście to myślę, że mógłby być moim dobrym kumplem. Czytając niektóre utwory, mam wrażenie, jakbym czytała o swoim życiu i jedyne co mi wówczas nie pasuje, to końcówki -em i -aś.

No cóż, mój nowy kochanek czeka! 


piątek, 30 września 2011

Jesienna chandra.

Jesień nadeszła, wiatr wieje chłodny,
Głowa ma pełna myśli swobodnych,
Kocham długie wrześniowe wieczory,
Słyszę stukot pociągu o tory,
Uśmiecham się znowu sama do siebie,
Próbuję zliczyć gwiazdy na niebie,

Pozytywne wydaje się wszystko,
Choć pewnie nastrój zmieni się rychło,
Jedno spojrzenie w to jedno miejsce,
I to co było już nie zdaje się piękne,
Wracam myślami do tamtego wieczora,
Do wylanego łez jeziora.

Co było to było, pusta ma głowa,
W oddali słyszę jakieś twe słowa,
- Kim jesteś?
- Cieniem.
- Kim będziesz?
- Wspomnieniem.

środa, 15 czerwca 2011

Wir tłumaczeń.

W czasach, gdy wydawnictwo wydaje tylko po polsku pierwszy tom świetnej powieści, a pisana jest ona tylko i wyłącznie po rosyjsku, bez znajomości tego języka, ciężko dowiedzieć się, co wydarzyło się dalej. Mowa tu oczywiście o cyklu "Gry z bogami" Eleny Malinowskiej i wydanym w Polsce "Tańcu nad przepaścią". I także nasuwa się zdanie: "Chwała translatorom i ich twórcom!" Gdyby nie to, czekałabym pewnie jeszcze kilka lat, aż może Fabryka Słów by zlitowała się nad biedną Mazzową i wydała dwa pozostałe tomy, albo i nie. Na jakiejś rosyjskiej stronie znalazłam całą treść i wklepuję je sobie w translator, czytając kolejne zdania, przy okazji redagując je tak, aby mieć później pełne tłumaczenie na własny użytek. I tak właściwie, praca tłumacza to całkiem fajna praca, jakby naprawdę dobrze znać język i go lubić. Dlatego też, może jak będę mieć dużo czasu na obijanie się (który mam aktualnie w ramach 4,5 miesięcznych wakacji), nauczę się tak profesjonalnie rosyjskiego? Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale odczuwam ogromną motywację do nauki i do tłumaczenia.
I tu wypełnia się proroctwo mej polonistki, która na koniec klasy maturalnej próbowała zgadnąć, kim zostaniemy w przyszłości. Zapytała mnie wtedy, czy mam jakieś predyspozycje lingwistyczne. Odpowiedziałam jej, że nie. Ale może jednak?


No i druga sprawa, moja książka. Z dnia na dzień pojawia mi się z nią coraz więcej problemów. Ale nie zmienia to faktu, że nadal się produkuję, wymyślam nowe rzeczy, piszę. Chciałabym ją kiedyś wydać, zobaczymy, co z tego wyjdzie.

wtorek, 24 maja 2011

Zaległościowo.

Od dawna wiadomo, że uwielbiam fantastykę, czytać, pisać, wiadomo. Całe liceum ambitnie się uczyłam, a przynajmniej wmawiałam sobie, że nie mam na nic czasu. Tym samym narobiłam sobie niezłych zaległości, które zaczynam powoli nadrabiać.

Tym samym, zakupiłam pewną książkę, rekomendowaną od paru lat przez koleżankę. Stwierdziłam, że warto byłoby przeczytać, skoro jej się spodobało - więc może mi też. I tutaj pojawia się różnica w naszym postrzeganiu literatury - elementy stylu autorki, które jej przeszkadzają, mnie się nawet podobały, a te, które mi przeszkadzają, podobały się jej. I gdyby w nieco inny sposób zarekomendowała książkę, zwracając uwagę na inne wydarzenia, sięgnęłabym po nią te dwa lata temu. Książka wciągająca, na każdy gust.

Także sezon opalania uważam za otwarty, dzisiaj skwar straszny, nic tylko leżeć na materacu na balkonie z wyciągniętymi kończynami. Uwielbiam lato, uwielbiam słońce i uwielbiam kąpiele wodne, których już niebawem, gdy morze i jeziora staną się cieplejsze, z pewnością skosztuję. No i do tego te dojrzewające owoce, warzywa. Czuć lato.

Chwilowo moja wena na pisanie zanikła, w moim opowiadaniu panuje chaos nie do ogarnięcia. Musiałabym posiedzieć nad tym parę dni, a zwyczajnie mi się nie chce. Wyłączyłam myślenie, skupiam się na lenistwie.

Patrzę w kalendarz i widzę datę - 24.05, 21 urodziny mojej kuzynki i 4 lata od dołączenia do instytucji, która zupełnie mnie zmieniła. Czy gdyby mnie tam nie było, pofarbowałabym włosy na rudo, pisała opowiadania, czerpała niezmierzone pokłady radości z życia? Zakładam, że pewnie nadal dołowałabym się, bo pan X. mnie nie chciał w 2006, gdy miałam prawie 14 lat. Tyle się zmieniło, ciężko uwierzyć, jak grupa, nawet ta internetowa potrafi zmienić człowieka - i zdaje się to niemożliwe - na lepsze.

wtorek, 8 marca 2011

No to teraz polski.

Wczoraj była historia, no to teraz dzisiaj czas na drugi przedmiot którego się nałogowo uczę będąc na mat-fizie, a mianowicie język polski. Na jutro mam do przeczytanie jakieś 21 stronicowe opowiadanie i 350 stronicową książkę, wszystko oczywiście o drugiej wojnie światowej i oczywiście nawet tego nie tknęłam, a jakby inaczej. Gdy tylko widzę lekturę szkolną, od razu mam milion ciekawszych zajęć, ewentualnie jest mi zimno i kładę się spać lub zaczyna mnie boleć głowa. W swej karierze nie przeczytałam wielu lektur szkolnych, to trzeba przyznać, mam świadomość, że muszą być one ciekawe, acz gdy czytam na wyznaczone terminy - po prostu nie mogę się za nie zabrać, a w tym czasie mogę przeczytać milion innych książek, które nie są lekturami. Na części drugiej godziny dyskutowaliśmy z polonistką o książce Harry Potter, która jest lekturą dla szóstej klasy szkoły podstawowej. Moim zdaniem, ta książka nie powinna być lekturą, zdaniem polonistki również, ale uzasadnienie znacząco się różni. Ja uważam, że przez uznanie książki za lekturę i ustanowienie obowiązku przeczytania dzieci po prostu się zniechęcą do tak dobrej książki, a przecież owa książka rozwijała wyobraźnię, budowałam w głowie własny Hogwart, własnego Harry'ego, może i to teraz nie to samo, bo jednak czytałam książkę, gdy nie było jeszcze filmu i nie wiedziałam jak to w filmie wygląda, ale jednak. Polonistka na to 'rozwijanie wyobraźni' odpowiedziała, że równie dobrze uczeń może sobie iść do galerii i pooglądać obrazy. A to moim zdaniem mija się z celem, bo to nie jego wyobraźnia, a wyobraźnia artysty, który owy obraz stworzył. No, do tego polonistka uważa książkę za gniota nad gniotami, kulejącego językowo, niemającego w sobie żadnego przekazu i sensu. A kobiecina przyznała, że przestała tę książkę czytać po uwaga - dwóch przeczytanych stronach. Nie ocenia się książki po okładce, ja także nie wypowiadam się na temat rzeczy, których nie znam. Gdybym jednak wyraziła swoje zdanie, że "Ferdydurke" Gombrowicza nie ma w ogóle sensu i nie podoba mi się styl w jakim jest napisane, dlatego nie przeczytałam, z pewnością dostałabym jedynkę. Dlaczego muszę czytać coś, co mi się w ogóle nie podoba, a gdy robię coś ponad to, to jestem krytykowana za to, że czytam jakąś bezsensowną literaturę?

O gustach się podobno nie dyskutuje.
(Zdjęcie chyba z wakacji)


Wierz w to co widzisz macasz i łapiesz
I to na czym się wieszasz
Nie wierz w papier
Choćby go podpisał papież i cesarz