Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 czerwca 2012

Nadal twórczo, choć teraz nieco inaczej - przestajemy pisać to, co wpadnie do głowy, a piszemy raczej przemyślane sceny, które będą miały znaczenie w dalszej części powieści. Pojawiają się coraz to nowe problemy, ale co dwie głowy to nie jedna. Często pytam L., co by zrobiła w takiej, a takiej sytuacji. Najlepsze są najprostsze rozwiązania. A najlepiej się myśli nad akcją w miejscach, w których bywają bohaterowie. Tym samym zwiedziłyśmy sporą część Gdańska, co rusz wpadając na nowe pomysły. Nie ma to jak patrzeć na miasto z góry, obserwować przejeżdżające pociągi PKP, czy oglądać świat zza okna w tramwaju. Chwila zadumy, choć cztery dni w nieustannym biegu... to było to, czego potrzebowałam przez ostatnie tygodnie.
 

 Piosenka na dziś:
Ubrania: Spodenki - House (jakaś stara kolekcja), koszulka - New Yorker, torebka - sh, buty - rynek?, sweter - sh, okulary - C&A.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Zima, zima i zima. Zimno, czy nie - zdjęcia trzeba zrobić. Ciepły szal i czapka rodem z Syberii, rękawiczki bez kciuka, aby można było trzymać aparat i pisać SMSy, ciepła skóra i dwa swetry pod nią. Ulubione spodnie za 4 zł - bo po co ubierać się w szarości, jak można trochę ożywić zimowe chłody? A po szybkiej sesji, gorąca kawa.

Dwa dni wolnego i znowu na zajęcia... uechsz.
 
Możesz mówić że to farsa
Że już skończył się mój czas
Ja wyruszam dziś na marsa
Śladem niezbadanych tras
Do gwiazd

[Manchester - Do gwiazd]


Pozdrawiam,
Mazz

niedziela, 5 lutego 2012

Zimno.

No to po sesji. Trzy dni wolnego, później drugi semestr. Jak ten czas szybko leci... Tak niedawno pisałam tutaj o maturach, a tu połowa pierwszego roku za mną. Odnośnie wyników, wypowiadać się nie będę. Kochajmy fizykę, ot co.
Mrozy okropne, siedzę przy kaloryferze, z kubkiem gorącej herbaty i książką. Postępy we własnej twórczości - prawie żadne. 

I chyba będę częściej pisać na tym blogu ;)

Miejca które dobrze znam
mówią mi o tobie
miejsca w których nie ma nas
mówią że to koniec
dokąd jeszcze mogę pójść
by móc zapomnieć
wszędzie lepiej jest niż tu
bo nie ma wspomnień
[M.Brodka - Zagubiony]

Pozdrawiam,
Mazz

niedziela, 8 stycznia 2012

Lekko podsumowując

Rok 2011 już dawno za nami, minął pierwszy tydzień roku 2012. Czas płynie zdecydowanie zbyt szybko, zbyt wiele się dzieje, aby to jakoś ogarnąć. No nic.

Wszyscy robią mnóstwo postanowień noworocznych, których i tak nie wypełniają. Bo co to za postanowienie "schudnę", skoro jedzenie jest takie dobre? Albo co to za postanowienie "zagadam do niego" skoro nieśmiałość bierze górę, a i tak pewnie nie byłoby wspólnych tematów i czekałoby tylko rozczarowanie. Dlatego też, ja postanowień nie mam żadnych. To znaczy mam, jedno. Kontynuować to, co rozpoczęłam w 2011 i dokończyć kilka projektów. No i zaliczyć sesję.

Co by tu jeszcze... zadziwiającym jest, w jak krótkim czasie można zmienić się tak bardzo. 2011 zdecydowanie przyniósł zmiany, których się w ogóle nie spodziewałam. Zmiany na lepsze, zdecydowanie. Tak, studia to najlepszy czas w życiu. I nie wiem jak ja to robię, ale udaje mi się jak na razie łączyć ze sobą to, czego nie potrafiłam ze sobą pogodzić w liceum. Spędzam poza domem jakby więcej czasu, niż w LO, a jednak czytam książki, których lista nazbierała mi się przez LO, kontynuuję poodkładane na później projekty opowiadań, uczę się, czasem poimprezuję, a i znajduję czas, aby nawet posiedzieć na gg.

A najbardziej w ciągu ostatnich dni mnie dziwi, jak rzeczy, o których zdarza mi się marzyć lub za którymi tęsknię, potrafią być beznadziejne (gdy się już odbędą), jeśli nie ma w nich z pozoru nieznaczącego czynnika. Ciężko to w jakiś racjonalny sposób zdefiniować, ale no nie wiem, dziwnie mi. Swoją drogą, testuję ostatnio silną wolę. Sprawdzam, do czego jestem zdolna po zmianach w charakterze. Robię rzeczy, o których nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że są wykonalne. Ba, prędzej spaliłabym się ze wstydu, niż coś zrobiła, a ja po prostu teraz z łatwością to robię.

Na ćwiczeniach z Psychologii któregoś razu mieliśmy ciekawą rozmowę z prowadzącym. Temat zajęć był o szczęściu, że na przykład jeśli coś kupujemy, to nasze szczęście skacze z 0 do 5, a potem znów spada do 0, bo się do tego czegoś przyzwyczajamy. Jedyną rzeczą, po której szczęście nie spada do 0 są (według badania przeprowadzonego w USA), uwaga uwaga - sztuczne piersi. Wówczas szczęście rośnie z 0 do 5, później spada do mniej więcej 3 i na takim poziomie się trzyma. Prowadzący nie mógł zrozumieć tego zjawiska. Ja je rozumiem. W USA panują stereotypy, że kobieta musi mieć duże piersi, inaczej czuje się niedowartościowana. A więc skoro ona uważa się za atrakcyjną, to i mężczyźni uważają ją za atrakcyjną, koło się toczy. Podobnie było w moim przypadku z rudymi włosami, nie byłam już szarą myszką, poczułam się pewniej. I wtedy zaczęłam zauważać, że nie jest tak źle, jak myślałam. Mała zmiana wyglądu, ogromna zmiana światopoglądu, samooceny i w ogóle, o.

Miało być podsumowanie 2011, wyszło jakieś przemyśleniocośtam. Trudno.

środa, 2 listopada 2011

Coraz częściej siadam wygodnie i obserwuję miasto, żyjące w ciągłym biegu. Gdzie nikt nie interesuje się losem innych, a każdemu zależy tylko na własnych sprawach. Czasem mam ochotę usiąść na ławce i pokazowo się rozpłakać, aby zobaczyć ile osób przejdzie obojętnie. O tak.
Zdecydowanie nie lubię tego ciągłego biegu i upływu czasu. Przecież tak niedawno zdarzyło się wszystko, które teraz nazywam niczym. Dziwię się sobie, że to jeszcze ogarniam.
A przypadki chodzą po ludziach.

 
Ciekawe, o czym myślisz w tym momencie...?
Ja właśnie żuję gumę dla dzieci
Przystawiam do szyby nos...
Ty mówisz, że pobrudzę szybę
A ja mowię, że ją umyję....
Ale ogólnie jesteśmy szczęśliwi, że....
Spotkaliśmy się i lekko lecąc....
Liczymy oddechy miasta, które śpi
12 godzin
Uchodzi z nas powietrze, zmieniamy się...
Zmieniamy się zmieniamy się zmieniamy się zmieniamy...

[Kombajn do zbierania kur po wioskach - O czym ja mam z Tobą myśleć?]

wtorek, 12 lipca 2011

Hm.

Tutaj chyba miała się pojawić jakaś ckliwa notka, w której w poetyckiej formie opisywałabym 'zady i walety' pewnego osobnika, ale toć na nim się świat nie kończy. Zresztą, dawno nie pisałam i przydałoby się to nadrobić.

Więc może od początku. Dawno, dawno temu, gdy na Ziemi mieszkały jeszcze dinozaury, mała Mazz pisała sobie powieść, którą później zamierzała wydać. Jednak z własnego lenistwa nawet nie ruszyła korekty, stąd też utwór leży sobie gdzieś na dysku w oczekiwaniu na zbawienie. Główna bohaterka - zwykła nastolatka, której rodzice się rozeszli, a ona wpadła w wir imprez i alkoholu. Pisane przeze mnie, która daleka jestem od takich problemów i w ogóle nie spodziewałam się, że gdzieś w czasie pisania tego, podobna tragedia dzieje się tak blisko.

Dalej... bawią mnie dziewczynki, wklejające do internetu milion zdjęć ze swoim lubym, chyba tylko po to, aby pokazać 'patrzcie jakiego sobie faceta wyhaczyłam'. Na co to komu? Mój facet to mój facet, kogo to obchodzi, co i gdzie robimy? Każdy wiek owszem ma swoje prawa, ale ja mam wrażenie, że aż taka żałosna nie byłam. I teraz tylko wylewam swe irytacje na blogu, którego i tak nikt nie czyta. A jak czyta, to dobrze się kamufluje.

Nie dostałam się na Geodezję, nie dostałam się na Budownictwo, nie dostałam się na Transport (chociaż mało brakuje i będę walczyć!). Dostałam się na Zarządzanie i Inżynierię Produkcji i w sumie może to jednak będzie ciekawy kierunek? ;)

Poplażowałabym, zdecydowanie.

sobota, 2 lipca 2011

Spacer w deszczu.

Od wczoraj na wybrzeżu gdańskim leje. Nie, żebym narzekała. Czasem potrzeba chłodniejszego dnia, aby oderwać się od codziennej bieganiny. Potrzebowałam tych dwóch dni wytchnienia. Wczoraj, mimo ostrej ulewy, założyłam martensy, nieprzemakalną kurtkę i wyszłam z psem na spacer. Nie tyle, że musiałam, w końcu podwórko mam spore, ale chciałam. I gdy tak deszcz kapał mi po twarzy rozmyślałam sobie o wielu sprawach. Wciąż żałuję, że pewne sprawy kilka lat temu potoczyły się tak, a nie inaczej. I, że mimo danej mi kilkukrotnie szansy, nie wykorzystałam jej. Poza tym w takich momentach, kumuluje mi się wena twórcza.

Wczoraj było twórczo, dzisiaj robiłam (i robię nadal) tłumaczenie. Skoro idzie to tak na zmianę, pewnie jutro będę czytać Misję Ambasadora.


Przy okazji - tylko 32 dni do Woodstocku!

A maturę zdałam. Owszem, mogło być lepiej, ale trudno się mówi.

piątek, 3 czerwca 2011

Wakacyjnie.

Od otwartego okna bije przyjemny, chłodny powiew wiatru. A dookoła mnie porozrzucane kilka zeszytów, zakreślacz, ogromna kartka z drzewem genealogicznym moich bohaterów, parę książek. W uszach Jelonek, na którego wczorajszym koncercie ogromnie żałuję, że nie mogłam być. I właściwie - mogłam, ale z lenistwa stwierdziłam, że nie warto. Ech. Pozostaje więc siedzieć w domu i zatapiać się w lekturze Wielkiego Mistrza oraz pisać własne opowiadanie/książkę.

wtorek, 24 maja 2011

Zaległościowo.

Od dawna wiadomo, że uwielbiam fantastykę, czytać, pisać, wiadomo. Całe liceum ambitnie się uczyłam, a przynajmniej wmawiałam sobie, że nie mam na nic czasu. Tym samym narobiłam sobie niezłych zaległości, które zaczynam powoli nadrabiać.

Tym samym, zakupiłam pewną książkę, rekomendowaną od paru lat przez koleżankę. Stwierdziłam, że warto byłoby przeczytać, skoro jej się spodobało - więc może mi też. I tutaj pojawia się różnica w naszym postrzeganiu literatury - elementy stylu autorki, które jej przeszkadzają, mnie się nawet podobały, a te, które mi przeszkadzają, podobały się jej. I gdyby w nieco inny sposób zarekomendowała książkę, zwracając uwagę na inne wydarzenia, sięgnęłabym po nią te dwa lata temu. Książka wciągająca, na każdy gust.

Także sezon opalania uważam za otwarty, dzisiaj skwar straszny, nic tylko leżeć na materacu na balkonie z wyciągniętymi kończynami. Uwielbiam lato, uwielbiam słońce i uwielbiam kąpiele wodne, których już niebawem, gdy morze i jeziora staną się cieplejsze, z pewnością skosztuję. No i do tego te dojrzewające owoce, warzywa. Czuć lato.

Chwilowo moja wena na pisanie zanikła, w moim opowiadaniu panuje chaos nie do ogarnięcia. Musiałabym posiedzieć nad tym parę dni, a zwyczajnie mi się nie chce. Wyłączyłam myślenie, skupiam się na lenistwie.

Patrzę w kalendarz i widzę datę - 24.05, 21 urodziny mojej kuzynki i 4 lata od dołączenia do instytucji, która zupełnie mnie zmieniła. Czy gdyby mnie tam nie było, pofarbowałabym włosy na rudo, pisała opowiadania, czerpała niezmierzone pokłady radości z życia? Zakładam, że pewnie nadal dołowałabym się, bo pan X. mnie nie chciał w 2006, gdy miałam prawie 14 lat. Tyle się zmieniło, ciężko uwierzyć, jak grupa, nawet ta internetowa potrafi zmienić człowieka - i zdaje się to niemożliwe - na lepsze.

poniedziałek, 16 maja 2011

Po maturach, czekamy na wyniki. Ubrana w ciepły polar mamy, przykryta kocem i z kubkiem gorącej herbaty w łapce. Strasznie zimno i w dziwnym nastroju. Gdyby była jesień, nazwałabym to chandrą, ale nie ma racji bytu, ponieważ jest wiosna. Choć fakt faktem - pogoda nie zadowala. Wciąż na ustach pytania "po co i dlaczego? jakie to będzie miało konsekwencje dla dalszego rozwoju wydarzeń?" Powoli zabieram się za aktywniejsze pisanie mojej 'książki', może coś w końcu z tego wyjdzie, zobaczymy.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Wiosnomatura, czyli takich tam wynurzeń ciąg dalszy.

Pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl na wspomnienie zeszłego miesiąca i czasów aktualnych, to 'SPAĆ!'. Zmęczona jestem całkowicie, a nie mam kiedy się wyspać. Dzisiaj pisałam 4 sprawdziany, jutro czekają mnie jeszcze trzy, z trzech przedmiotów mam wystawione zadowalające mnie oceny, z pozostałych nadal walczę, bo co jak co, może i oceny nie mają żadnego znaczenia, ale jednak miło potem pokazać dzieciom świadectwo i powiedzieć im 'Widzisz, ja miałam szóstkę z niemieckiego, a ty się w ogóle nie uczysz!'. Z drugiej strony, moja szóstka z niemieckiego jest tak naciągana, że głowa mała, niewiele potrafię po niemiecku powiedzieć. Wychowawczyni dziwiła się ostatnio, że ja mam 6, a koledzy buntują się, że mają tróje. I dlaczego, skoro jestem taka dobra z niemieckiego, nie zdaję z niego matury. No cóż... poziom nauczania niemieckiego w tej grupie jest tak niski, że jeśli się minimalnie postarać i nie olewać lekcji - 5 można mieć na spokojnie.
Hura, hura, matura!
3 tygodnie...
Jakoś będzie, prawda?

I prawie równiutki miesiąc do 4,5 miesiąca wakacji. W moim przypadku co prawda wakacje, a właściwie ich część, oznaczają pracę, ale praca trwa kilka godzin dziennie, nie muszę kuć po nocach, do tego za to mi płacą.

piątek, 11 marca 2011

Wiosna!

Wiosna nadeszła pełną parą i z pełną siłą rażenia, uwielbiam gdy jest ciepło i świeci słońce, koty marcują się na każdym rogu. I tę wiosnę poczułam w pełni, zakładając dzisiaj trampki i cienką kurtkę. Coraz bliżej do wakacji, do 4,5 miesiąca wolnego. Tak się dzisiaj na angielskim rozmarzyłam, gdy planowaliśmy po maturze zorganizować ostatnią wycieczkę klasową, w Bieszczady pod namioty. Mam tyle miejsc do odwiedzenia, że nie wiem czy starczy mi czasu i pieniędzy, zobaczymy. Muszę zakupić sobie jakieś buciki na wiosnę.Za 2 tygodnie Pyrkon, a w międzyczasie jeszcze milion sprawdzianów i popraw. Stopniowo przyzwyczajam organizm do mniejszej ilości snu, do większej ilości kawy. Dzisiaj do 2:20 siedziałam nad lekturą i jeszcze żyję, więc nie jest źle.

Ogólnie, nie rozumiem mojej fizyczki. Nie pod kątem wykładanego przez nią przedmiotu, ale pod kątem jej zachowania. Kobieta ta podchodzi do swojej pracy tak, że każe nam zapisać temat, zrobić notatkę i róbcie co chcecie. W środę kazała drugiej grupie iść do domu z fizyki, która była ich ostatnią lekcją. Wychowawczyni powiedziała nam dzisiaj, że owa fizyczka trąbiła w pokoju nauczycielskim o tym, że moja klasa uciekła z lekcji. No, gratuluję rozdwojenia jaźni. Drugą sprawą są oceny, które ciekawym trafem pojawiły się ostatnio w dzienniku. Nie mam zielonego pojęcia, jak ona ocenia, czy za twarz, za imię, czy za nazwisko, ale wstawiła mi dwie dwóje, sama nie wiem za co, bo ogólnie to na lekcjach, o ile się odbywają jestem właściwie jedną z może trzech osób zainteresowanych tematem (te osoby mają bodajże 4 i 6) , a osoby które grają sobie w karty na lekcjach i mają ją generalnie w nosie, mają oceny wyższe. Nie rozumiem i nie ogarniam. W poniedziałek zrobimy jej aferę, bo jesteśmy ciekawi, czy owa nauczycielka w ogóle kojarzy, kto jak ma na imię, a jeśli to nie pomoże, wkroczy do akcji wychowawczyni, której także się zachowanie owej fizyczki nie podoba.

Pożyczone uczucia
W wynajętych mieszkaniach
Podpatrzone uśmiechy
Wyuczone zachowania
Oto akcja promocyjna
Potwornego zakłamania
Nie wierz w żadne nasze słowo
Słuchaj nas na kolanach

wtorek, 8 marca 2011

No to teraz polski.

Wczoraj była historia, no to teraz dzisiaj czas na drugi przedmiot którego się nałogowo uczę będąc na mat-fizie, a mianowicie język polski. Na jutro mam do przeczytanie jakieś 21 stronicowe opowiadanie i 350 stronicową książkę, wszystko oczywiście o drugiej wojnie światowej i oczywiście nawet tego nie tknęłam, a jakby inaczej. Gdy tylko widzę lekturę szkolną, od razu mam milion ciekawszych zajęć, ewentualnie jest mi zimno i kładę się spać lub zaczyna mnie boleć głowa. W swej karierze nie przeczytałam wielu lektur szkolnych, to trzeba przyznać, mam świadomość, że muszą być one ciekawe, acz gdy czytam na wyznaczone terminy - po prostu nie mogę się za nie zabrać, a w tym czasie mogę przeczytać milion innych książek, które nie są lekturami. Na części drugiej godziny dyskutowaliśmy z polonistką o książce Harry Potter, która jest lekturą dla szóstej klasy szkoły podstawowej. Moim zdaniem, ta książka nie powinna być lekturą, zdaniem polonistki również, ale uzasadnienie znacząco się różni. Ja uważam, że przez uznanie książki za lekturę i ustanowienie obowiązku przeczytania dzieci po prostu się zniechęcą do tak dobrej książki, a przecież owa książka rozwijała wyobraźnię, budowałam w głowie własny Hogwart, własnego Harry'ego, może i to teraz nie to samo, bo jednak czytałam książkę, gdy nie było jeszcze filmu i nie wiedziałam jak to w filmie wygląda, ale jednak. Polonistka na to 'rozwijanie wyobraźni' odpowiedziała, że równie dobrze uczeń może sobie iść do galerii i pooglądać obrazy. A to moim zdaniem mija się z celem, bo to nie jego wyobraźnia, a wyobraźnia artysty, który owy obraz stworzył. No, do tego polonistka uważa książkę za gniota nad gniotami, kulejącego językowo, niemającego w sobie żadnego przekazu i sensu. A kobiecina przyznała, że przestała tę książkę czytać po uwaga - dwóch przeczytanych stronach. Nie ocenia się książki po okładce, ja także nie wypowiadam się na temat rzeczy, których nie znam. Gdybym jednak wyraziła swoje zdanie, że "Ferdydurke" Gombrowicza nie ma w ogóle sensu i nie podoba mi się styl w jakim jest napisane, dlatego nie przeczytałam, z pewnością dostałabym jedynkę. Dlaczego muszę czytać coś, co mi się w ogóle nie podoba, a gdy robię coś ponad to, to jestem krytykowana za to, że czytam jakąś bezsensowną literaturę?

O gustach się podobno nie dyskutuje.
(Zdjęcie chyba z wakacji)


Wierz w to co widzisz macasz i łapiesz
I to na czym się wieszasz
Nie wierz w papier
Choćby go podpisał papież i cesarz

poniedziałek, 7 marca 2011

Historia, historia i historia.

W głowie mej zalegają myśli o mojej ulubionej nauczycielce historii i WOSu, która zadała nam do napisania pracę do napisania na temat Polaków na frontach drugiej wojny. Siedzę sobie nad tym cały wieczór i nie jestem nawet w połowie, trzeba było zająć się tym w weekend, albo i wcześniej, miałam przecież czas oczywiście. Miałam tyle czasu! Tak, bo oczywiście historia jest najważniejsza, co tam, że nie zdaję z niej matury ani nie zamierzam kontynuować edukacji tegoż przedmiotu na studiach. Po co to wszystko? No, do tego mam jeszcze do przeczytania coś na polski, do zaznaczenia korzyści wstąpienia polski do UE na WOS, wypowiedź na angielski dwuminutową, po prostu żyć nie umierać. Pomyśleć, że jestem na profilu matematyczno-fizycznym, a zdaje mi się, że w całym liceum więcej czasu poświęciłam na historię i wos, biologię, chemię i geografię, niż na matematykę, polski i angielski, z których zdaję maturę. Ja rozumiem, liceum ogólnokształcące, ale bez przesady - poświęcając czas na historię zaniedbuję matematykę, a która wiedza mi się bardziej przyda? Po co mi dokładna data jakiejśtam bitwy i kto nią dowodził, skoro nawet nie spotkam się z tym kolesiem? Jeszcze w żadnej klasie nie udało mi się dojść dalej niż za drugą wojnę światową, a chyba interesują mnie bardziej czasy, które były niedawno, w których żyję i w których dorastali moi rodzice, bynajmniej powinny interesować, a nie czasy dwa tysiące i tysiąc lat temu, nad którymi spędza się z reguły całą pierwszą klasę liceum, na lata ostatnie przypada może miesiąc.

I chyba to nastawia mnie ku temu, aby jak najszybciej skończyć tę szkołę.

System edukacji w Polsce - żenada.

Pozdrawiam,
Mazz.


Połowa księżyca zgasła przeze mnie,
widzę Twój wzrok w jego świetle,
teraz to odeszło i zostawiło mnie zupełnie.

niedziela, 6 marca 2011

Dobry wieczór.

Przedstawić się mogę na wiele sposobów, tylko po co? Czyż taki opis jaka jestem, kim jestem nie byłby zbytnią przesadą? Może lepiej, jak po prostu przedstawiać będę się stopniowo pisząc na tymże blogu?

Jest sobie niedziela, jutro będzie poniedziałek, coraz bliżej do matury, a ja coraz mniej wiem, czy na pewno chcę robić to, na co ukierunkowywałam się przez ostatnie dwa lata.

Zabierzcie mi internet, dajcie niezliczone pokłady czasu, chwilo trwaj!

Pozdrawiam,
Mazz.